Szalony Max i propaganda feministyczna

Mam z medialną percepcją nowego Mad Maksa pewien problem. Zewsząd atakują zachwalające recenzje, widzowie i krytycy chwalą warstwę audiowizualną, wykorzystanie efektów specjalnych, solidną dawkę rozrywki, jaką film zapewnia, a najwięcej przecież mówi się o nim w kontekście jego wydźwięku feministycznego i głównej bohaterki. Właściwie ze wszystkim mógłbym sie zgodzić — w czym więc problem? Mimo, że Fury Road uznaję za prawdopodobnie najlepszy filmowy blockbuster jaki zobaczymy w kinach w tym roku, nie jest on w niemal w żadnym aspekcie rewolucyjny. A jego największą zaletą rzeczywiście jest feminizm, ujawiający się jednak nie w samej obecności niezależnych kobiet, a feministycznym podejściem do portretowania głównych bohaterów. Ale po kolei. I z ostrzeżeniem: notka może zawierać różnego kalibru spojlery.

Historia jest prosta: Max zostaje pojmany i uwięziony w Cytadeli rządzonej przez Immortan Joego. Nie zostaje zabity zapewne wyłącznie dlatego, że nadaje się na uniwersalnego dawcę. Bezskutecznie próbuje ucieczki i gdy jego sytuacja wydaje się beznadziejna, Imperatora Furiosa kradnie najcenniejszy skarb Joego — jego żony, a jego ludzie ruszają za nią w pościg — zabierając ze sobą Maksa. I jadą. W tym przypadku niezbyt rozbudowana, lapidarna historia jest plusem. Film nie zwalnia ani na chwilę, co pozwala doskonale wczuć się w sytuację, w której zostali postawieni bohaterowie, ale i w świat, gwałtowny i brutalny, w którym trzeba walczyć o przeżycie. Świat, w którym nie ma miejsca na przydługie filozoficzne dyskusje, a twoim problemem jest spluwa, którą ktoś właśnie przykłada ci do głowy. Dodatkowo, dzięki tak prostej konstrukcji udało się uniknąć jakichś większych dziur czy nielogiczności fabularnych, mimo tego, powiedzmy sobie szczerze, historia nie porywa, jest bardzo klasyczna i widzieliśmy ją w kinach już wielokrotnie.

Otaczająca bohaterów rzeczywistość wykreowana została bardzo dobrze, na pierwszy rzut oka widać dbałość o szczegóły i efekty specjalne, pojawia się nawet kilka charakterystycznych elementów z poprzednich filmów z serii (jak choćby charakterystyczna kurtka Maksa). Mocną stroną obrazu jest przepiękna warstwę audiowizualna — przez całość filmu mamy do czynienia albo ze złotą kolorystyką spieczonej słońcem pustyni, albo z głębokim błękitem nocy, wszystko okraszone znakomitą muzyką — podbijającą napięcie, nie służącą jedynie za tło, lecz będącą fundamentalnym składnikiem filmu. Soundtrack z Fury Road to dzieło wyśmienite, polecam posłuchać, robi wrażenie. Scenografia i efekty specjalne z jednej strony mogą zachwycać (szczególnie biorąc pod uwagę, że spora ich część tworzona była przy wykorzystaniu metod tradycyjnych), z drugiej jednak — to nieszczęsne TrzyDe. Oglądałem film w wersji 2D i podczas seansu kilkukrotnie chrupnęły mi oczy. Pozwolę sobie na mały manifest: dajmy epoce tworzenia filmów pod trójwymiar spokojnie umrzeć i wykorzystujmy dodatkowe narzędzia świadomie, w celu wzbogacenia warstwy estetycznej dzieł. Rozpadające się — w slow motion! — samochody, których części majestatycznie podpływają widzom prosto w oczy nie są efektowne. Są żenujące.

Można twierdzić, że siłą Fury Road są jego bohaterowie, ale to nie do końca jest prawdą. Racja, przyjemnie się na nich patrzy, i w większości przypadków są również naprawdę nieźle zagrani. Daje radę Tom Hardy, którego obsadzenie w roli szalonego Maksa uważam za bardzo dobry pomysł, świetna jest Charlize Theron w roli Imperatory Furiosy, bardzo fajnie gra (oczami i głosem, gdyż większą część twarzy zasłoniętą ma, fenomenalną skądinąd, maską) Hugh Keays-Byrne w roli Immortan Joego. Jedynym minusem aktorskim są tutaj koszmarnie drewniane żony (te, które otrzymały jakąś zauważalną rolę w fabule, te które mają zaledwie kilka linijek tekstu do wypowiedzenia nie wypadają aż tak źle). Mad Max: Fury Road to historia oldskulowa: mamy tutaj małomównego protagonistę, mamy obowiązkowe piękne kobiety, mamy charakterystycznego Głównego Złego i Złego-Który-Się-Nawrócił. Żaden z bohaterów jednak tak naprawdę nie jest wyjątkowy. Są to raczej postaci archetypy, by nie powiedzieć — postaci szablony. Można się nie zgodzić i powiedzieć, że film świadomie wykorzystuje tropy, które zawiera. To prawda, nadal jednak to nic odkrywczego: Maks jest bohaterem wydarzeń mimo woli, kobiety nie są sprowadzone do roli damseli w distresie czy obiektów romansu (mamy nawet naprawdę fajne walczące staruszki), Joe nie próbuje odzyskać swoich żon w celu zaspokojenia własnej żądzy, a dlatego, że jako zdrowe kobiety mogą mu rodzić zdrowe dzieci. Nawet Nux, nawrócony-zły nie przeszedł na dobrą stronę mocy, odkrywszy straszną prawdę o swoim postępowaniu — zrobił to raczej zawiedziony tym, że nie był wystarczająco dobry, co teraz stara się naprawić. Nawet najciekawsza z bohaterów filmu, Furiosa, nie występuje tutaj w roli tradycyjnego dla filmów akcji badassa, a szuka jedynie odkupienia — nie w zemście jednak, a w wyzwoleniu siebie i innych kobiet. Pomimo kilku banalnych motywów (kobieta–dawczyni życia, duchy przeszłości prześladujące Maksa) rozegrane to wszystko zostało wcale ładnie. Mimo to, bohaterowie nie są przeważnie nikim więcej, jak tylko podporządkowanymi prostej fabule trybikami.

Nie będe ukrywał, że jednym z czynników, które dodatkowo zwiększyły mój apetyt na Mad Max: Fury Road, był protest aktywistów Men’s Rights Activists, zarzucający “męskiemu filmowi” bycie feministyczną propagandą. Jednym z ciekawszych zarzutów był fakt, że bohaterka grana przez Charlize Theron wydaje Maksowi rozkazy. Bo kobieta nie może wydawać rozkazów mężczyźnie, rozumiecie. Podobnych pierdół w tekście Aarona Clareya Why You Should Not Go See “Mad Max: Feminist Road” (link donotlinkowany) było więcej. Musicie przyznać, wyśmienita reklama. I cóż, wydźwięk feministyczny rzeczywiście jest największą zaletą filmu, a najsilniej objawia się on w sposobie przedstawiania dwójki głównych bohaterów.

Nie zgodzę się z tym, że Max został tutaj odsunięty na dalszy plan, a bohaterka Charlize Theron przejęła posadę protagonistki. Odniosłem wrażenie, że doskonale wyważono zarówno czas ekranowy, jak i fabularną rolę obu postaci. Tak, to Furiosa jest tutaj osobą z planem, Rockatansky trafia w sam środek awantury niejako przypadkowo, i jedyne, czego chce, to odzyskać wolność. Ich cele się pokrywają, ale oboje przez spory czas nie przejawiają w stosunku do siebie żadnego zaufania. Bardzo miło było obserwować, jak w trakcie podróży ich relacja ulega zmianie. A jednak, pomimo, że film dobrze zachowuje równowagę w przedstawianiu obojga bohaterów, to Furiosa przykuwa uwagę widza. Dlaczego?

Ponieważ, co w blockbusterowym kinie niestety jest ciągle rzadkością, bohaterka nie jest zarówno zwiędłą leliją, jak i babochłopem–terminatorem. Jest doskonałym przedstawieniem bohaterki spod znaku trzeciofalowego feminizmu: kobieca, o wyrazistej osobowości i charakterze, świadoma swoich umiejętności. Przyjemnie patrzy się na cały arsenał, który wozi ze sobą, na broń poukrywaną również na zewnątrz pojazdu — widzimy, że jest przygotowana na wszystko i świadoma brutalnych realiów śwata, w którym żyje. Jest kobietą, która przez cały film pokazywana jest jako równa w umiejetnościach mężczyźnie, przy czym, co najważniejsze, nigdzie zostaje to powiedziane wprost — film uznaje to za całkowicie naturalne. Jest jeszcze jedna ciekawa rzecz, na którą dość rzadko zwraca się uwagę — Furiosa jest niepełnosprawna: nie posiada lewego przedramienia. I to kolejny wspaniały wątek w Fury Road, rozegrany wzorcowo właśnie przez unikanie wskazywania palcem. Jedną ze scen, które najbardziej zapadły mi w pamięć, jest ta, gdzie po dwóch chybionych strzałach Maxa, karabin przejmuje Furiosa i strzela bezbłędnie, dla stabilizacji opierając karabin na ramieniu bohatera. Wystarczy spojrzeć na zdolności Imperatory, na to jak strzela, prowadzi, jak się bije, niekiedy nawet pozbawiona swojej protezy. A ta jest prowizoryczna, projektem oddająca ducha świata przedstawionego, służąca do tego, do czego ma służyć proteza kończyny — nie staje się natomiast przerysowanym atrybutem bohaterki, służącym do podkreślenia jej zajebizmu. Nikt również nigdy nie wyraża ani słowa współczucia z powodu jej niepełnosprawności. I chyba najlepsze jest to, że nigdzie w filmie jej niepełnosprawność nie zostaje w jakikolwiek sposób skomentowana: nie dowiadujemy się, w jakich okolicznościach straciła ramię, nie stoi za tym żadna fabularnie ciążąca historia, Furiosa taka po prostu jest. Fury Road staje się jednym z ciekawszych przykładów przedstawiania kwestii równościowych w kinie.

Powrót Maksa Rockatansky’ego to przedsięwzięcie z gatunku tych, które nie miały prawa się udać — a jednak. Mad Max: Fury Road jest blockbusterem bardzo dobrym i nie żałuję ani jednego pieniądza wydanego na seans. Mamy tu unikalną przyjemność obserwowania na ekranie kina akcji przekonującej bohaterki, która przedstawiana pełnowartościowa, równa mężczyźnie kobieta, i to pomimo własnej niepełnosprawności, która w niczym jej nie umniejsza. Szedłem do kina z ciekawością, wyszedłem bardzo zadowolony. Nie jest to być może film doskonały, ale pod względem przedstawienia postaci zostawia daleko w tyle jakąkolwiek konkurencję — i w tym aspekcie nowy obraz George’a Millera w pełni zasługuje na uznanie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s